piątek, 5 lipca 2013

Kto płaci najwięcej?

Już dawno nie pisałem o finansach miasta. Z jednej strony to z pewnością dobry znak – ten rok jest znacznie pod tym względem dla Krakowa spokojniejszy. Z drugiej – warto raz na czas przyjrzeć się budżetowi i porównać go z największymi Polskimi miastami, by mieć trochę ogólniejszy ogląd niż ten, który jest przedstawiany w codziennych gazetach. Okazja do takiego podsumowania jak najbardziej jest – na ostatniej w czerwcu sesji, radni miasta podjęli uchwałę o udzieleniu absolutorium z wykonania zeszłorocznego budżetu.
Nie będę opisywał szczegółowo ubiegłorocznego budżetu, chcę jedynie zwrócić Państwa uwagę na kilka – moim zdaniem - interesujących porównań do 12 największych Polskich miast. Zacznijmy od podatków lokalnych – czyli takich, o których wysokości decyduje miasto, które wpływają nie do urzędu skarbowego a bezpośrednio do budżetu miasta, i na które tradycyjnie się narzeka, że są zbyt wysokie. Z danych wynika, że kwota podatku lokalnego na jednego mieszkańca w 12 największych polskich miastach wynosi 713 zł. W Krakowie jest to 667 zł, we Wrocławiu (z którym zawsze jesteśmy porównywani) – 678 zł, w Warszawie – 817 zł, a najdroższy jest Gdańsk – aż 911 zł. Drożej niż w Krakowie jest też w Poznaniu i Rzeszowie, a porównywalnie – w Szczecinie. Najmniej obciążeni podatkami są mieszkańcy Białegostoku (560 zł) i Łodzi (579 zł).
 Druga kwestia, którą emocjonują się szczególnie dziennikarze, to sprawa wydatków miasta na administrację. W tym porównaniu 12 miast Kraków jest drugi… od końca. Gdy wydatki na administrację podzielimy przez liczbę mieszkańców, na jednego mieszkańca Krakowa przypada 253 zł rocznie, wrocławianin płaci 351 zł, a mieszkaniec Katowic – 370 zł. Najdrożej administracja kosztuje warszawiaków. Płaca na nią rocznie po 519 zł. Mniej o 4 zł niż Krakowianie płacą TYLKO mieszkańcy Bydgoszczy. Myślę, że dane te usatysfakcjonują tych, którzy zawsze przy okazji dyskusji o finansach radzą zwolnienie połowy urzędników. Proszę tylko pamiętać, że jednocześnie wszyscy chcemy, by nasza sprawa w urzędzie była szybko i kompetentnie załatwiona. I jeszcze jedno porównanie – jeżeli założymy, że to z podatków lokalnych jest utrzymywana administracja, to każdy mieszkaniec Krakowa na jej utrzymanie oddaje niecałe 40 proc. kwoty lokalnych podatków, a ponad 60 proc. jest przeznaczanych na inne wydatki miasta. Mieszkaniec Warszawy na utrzymanie administracji przeznacza prawie 65 proc. kwoty podatków lokalnych.
Ostatnia kwestia – bodajże zawsze najbardziej kontrowersyjna – zadłużenie miasta. Podobnie jak w poprzednich wyliczeniach, weźmy pod uwagę zadłużenia na jednego mieszkańca. Średnia dla 12 metropolii to 2 863 zł. Kraków jest poniżej tej średniej z zadłużeniem 2 695 zł na osobę. Najbardziej zadłużony jest Wrocław ( 3 610 zł), Poznań ( 3 359 zł) i Warszawa (3 322 zł). Warto jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że w ubiegłym roku jedynie Warszawa i Kraków spłaciły częściowo swoje długi. W porównaniu z 2011 rokiem w ubiegłym roku nasze zadłużenie zmniejszyło się o 88,5 mln zł. W pozostałych miastach w ubiegłym roku zadłużenie wzrosło.
Nie będę Państwa dłużej zanudzał cyframi. Pozostaje mi sobie życzyć, żeby w styczniu okazało się, że wykonanie tegorocznego budżetu jest równie wysokie jak w 2012 roku. Czy jest to możliwe – mam nadzieję że tak, choć porównanie przekazywanych z budżetu państwa Krakowowi udziałów z podatków pokazuje, że w tym roku na nasze konto wpływa mniej pieniędzy niż w ubiegłym. Dlatego z tym większym niepokojem czekamy na zapowiedzianą przez rząd nowelizację budżetu państwa. Wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze skromniej…

środa, 19 czerwca 2013

Pozytywnie o edukacji

Obiema rękami podpisuję się pod podjętą ostatnio z inicjatywy Platformy Obywatelskiej uchwałą rady miasta, ustalająca kierunki działań prezydenta „w sprawie pozytywnego programu zmian krakowskiej edukacji na lata 2013-2014”. Trudno żeby było inaczej. Zmiany „pozytywne” należy zawsze wspierać, a w dodatku z 32 zaproponowanych przez radnych punktów, 29 już od kilku lat realizujemy.
Ponieważ pani radna Jantos zarzuciła mi, że to nieprawda, iż realizujemy zaproponowany przez radnych podczas ostatniej sesji program, pozwolę sobie w kilku punktach przeanalizować propozycje radnych, szczególnie te, które dotyczą spraw ostatnio mocno dyskutowanych – 6-latków w szkołach i miejsc w przedszkolach.
• Audyt bazy szkolnej pod kątem możliwości przyjęcia sześciolatków do szkół – po raz pierwszy przeprowadziliśmy go w 2010. Teraz jest przeprowadzany na bieżąco. Efektem tych audytów było przeznaczenie w latach 2010-2012 prawie 1,5 mln zł z naszego budżetu na remonty sal dla sześciolatków i 770 tys. zł na ich wyposażenie. Z programu rządowego pozyskaliśmy ponad milion złotych na pomoce dydaktyczne i miejsca zabaw. Ponad milion wydaliśmy też na place zabaw, z czego połowę dofinansowało ministerstwo edukacji. O takie samo dofinansowanie wystąpiliśmy też w tym roku.
• Przeprowadzenie niezbędnych remontów i uzupełnienie wyposażenia w szkołach – w latach 2010-2012 na remonty w krakowskich szkołach wydaliśmy z budżetu miasta ponad 15 mln zł i staramy się to robić na bieżąco w miarę posiadanych środków.
• Przygotowanie merytoryczne szkół do pracy z dziećmi młodszymi o rok – w tym roku szkolnym organizowaliśmy konferencje szkoleniowe dla wszystkich dyrektorów, a także warsztaty dla nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej, dla wychowawców świetlic i dla nauczycieli klas 4-6.
• Przeprowadzenie kampanii informacyjnej dla rodziców sześciolatków – kampanię „Sześciolatku nie trać roku!” po raz pierwszy zorganizowaliśmy w 2009 roku, a Kraków, w publikacji Ośrodka Rozwoju Edukacji została ona przedstawiona jako przykład dobrej praktyki.
• Wsparcie psychologiczne i pedagogiczne dla sześciolatków i ich rodziców – zadbaliśmy, bo rodzice mieli dostęp do psychologów i pedagogów zarówno w poradniach, jak i w przedszkolach. Do 20 czerwca, dzieci 6-letnie, jeżeli rodzice wyrażą na to zgodę zostaną przebadane pod kątem dojrzałości szkolnej.
• Zapewnienie jak największej ilości miejsc w przedszkolach – z moich obliczeń wynika, że od 2010 roku przybyło w przedszkolach samorządowych ponad 600 nowych miejsc.
• Organizowanie przedszkoli w budynkach szkolnych – na bieżąco analizujemy takie możliwości i w efekcie tych analiz utworzono w ostatnich latach 11 zespołów szkolno-przedszkolnych. Można by oczywiście więcej, ale z jednej strony trzeba pamiętać o ograniczeniach budżetu, z drugiej – nie każdą szkołę uda się odpowiednio przebudować, by spełniała wymogi bezpieczeństwa dla małych dzieci – usytuowanie sanitariatów, osobne korytarze, itd..
• Wspieranie i inicjowanie tworzenia przedszkoli przy przedsiębiorstwach, uczelniach itd. – największym wsparciem, jakie udzieliło miasto jest zwiększenie obowiązkowej dotacji dla przedszkoli niepublicznych z 75 do 85 proc. Od 2011 roku liczba tego typu placówek niesamorządowych zwiększyła się o 40 proc., w efekcie w Krakowie jest więcej miejsc w przedszkolach niż przedszkolaków. To, że rodzice ze względu na wysokość opłat wybierają jednak przedszkola samorządowe, to inna kwestia.
Nie będę Państwa zanudzał działaniami magistratu, które mają poprawić jakość kształcenia w Krakowie – mogę zapewnić, że zarówno na bieżąco analizujemy wyniki szkół, pomagamy w stworzeniu programów naprawczych, wdrażamy rozmaite programy, które mają poprawić jakość kształcenia, pozyskujemy środki unijne i w porozumieniu z dyrektorami szkół opracowujemy zasady przyznawania nagród i dodatków motywacyjnych. Trzech propozycji radnych nie realizujemy: Nie budujemy przedszkoli kontenerowych, bo w porównaniu z technologią tradycyjną nie są one znacząco tańsze. Proszę też pamiętać, że koszty to nie wybudowanie i wyposażenie przedszkola, ale jego późniejsze utrzymanie. Nie przeprowadzamy też analizy demograficznej z podziałem na dzielnice, ponieważ z danych, którymi dysponujemy wynika, że w szkołach podstawowych aż 40 proc. uczniów, a w gimnazjach – 60 proc. uczniów nie uczęszcza do szkoły w swoim obwodzie. Takie analizy przeprowadzamy dla całego miasta. W uchwale znalazł się także postulat stworzenia „centrów kreatywności i innowacyjności”. Być może wart jest rozważenia, ale chętnie poznałabym coś więcej niż hasło – status, cel, sposób finansowania takiego centrum.
Jak wspomniałem na początku, z programem trudno się nie zgodzić. Wszystkie zawarte w nim postulaty są oczywiste – wszyscy chcemy szkół przygotowanych na przyjęcie sześciolatków, większej liczby miejsc w przedszkolach, wysokiej jakości kształcenia, wsparcia dla najzdolniejszych i najuboższych. Można zrobić wszystko, można zintensyfikować działania, które podejmujemy w tej chwili, można zrobić to nawet do 2014 r, czyli do końca tej kadencji jak chcą radni. Jest jedno ale – nigdzie w programie nie wyczytałem choćby szacunkowego kosztorysu tych działań, ani jednaj sugestii, z których wydatków zrezygnować, by mieć pieniądze na wdrożenie programu. I to nie jednorazowo, ale z uwzględnieniem utrzymania w przyszłości nowych placówek. Nie zgadam się, by takie inicjatywy były przedstawiane jako przeciwwaga dla złej woli urzędników, którzy nie mają pomysłów i nie chce im się pracować. Tu nie o dobrą wolę chodzi, ale o dodatkowe pieniądze na edukację, która już w tej chwili pochłania 1/3 naszego całego budżetu.

czwartek, 23 maja 2013

Czego brak w diagnozie?

Kilka dni temu Platforma Obywatelska przedstawiła pierwszą część diagnozy samorządowej. Dotyczy ona wspierania inwestorów i gospodarowania mieniem komunalnym. Z uwagą zapoznam się ze szczegółami analizy, bo uważam, że zaangażowanie radnych i pomysły nie powinny się zmarnować. Pod warunkiem, że są dobre dla miasta, oczywiście…
Bezsporne jest to, że jeszcze wiele rzeczy można ulepszyć – stronę internetową, przejrzystość informacji, zmniejszyć biurokrację, można dyskutować o przeorganizowaniu zadań magistrackich wydziałów itd. Pozwolą jednak państwo, że skupię się na tych pomysłach, które mnie zaniepokoiły i z którymi trudno mi się zgodzić.
Po pierwsze – sprzedaż niektórych spółek komunalnych. Zdaję sobie sprawę, że pozbycie się przez miasto części udziałów w dochodowych spółkach byłoby najprostszym sposobem na rozwiązanie wszystkich finansowych problemów Krakowa tak, by nowa kadencję samorządu móc rozpocząć bez żadnych zmartwień. To kusi… Ja od wielu lat mam konsekwentnie inne zdanie – wszystkie nasze spółki przynoszą zysk, a dzięki temu, że są w całości gminne ten zysk jest inwestowany, dzięki czemu rozwijamy np. sieć wodociągową, kanalizacyjną, ciepłowniczą itd. Nowy właściciel chciałby z części swoich udziałów czerpać zyski, więc i pieniądze na inwestycje byłyby mniejsze. Nie będę już rozwijał wątku dotyczącego cen usług. Teraz miasto je kontroluje.
Po drugie – większa sprzedaż mienia komunalnego. Jestem za, ale zanim cokolwiek sprzedamy, przeanalizujmy, czy w dalszej perspektywie nam się to opłaca. Nie widzę powodu, by w sytuacji, gdy mamy tak długą kolejkę oczekujących na mieszkania socjalne sprzedawać nowe komunalne mieszkania, w dodatku z bonifikatą. Może korzystniej będzie też pobierać czynsz za wynajem lokali usługowych, niż sprzedawać je użytkownikom, rezygnując z dochodu w przyszłości?
Po trzecie – sprzedaż placów targowych. Ten pomysł radnych powraca po raz kolejny, mimo przygotowanej na wniosek rady analizy opłacalności tego przedsięwzięcia przez magistrat. Wzięliśmy pod uwagę 15 placów targowych, m.in. Tandetę, plac na Stawach, pl. Nowy i Nowy Kleparz. Wnioski były jednoznaczne: tylko Tandetę można by sprzedać kupcom bez szkody dla miasta. Jeżeli chodzi o resztę placów targowych, to istnieje niebezpieczeństwo, że po sprzedaży straciłyby swój charakter. Myślę, że byłaby to ogromna strata dla miasta.
Po czwarte – stworzenie kolejnych miejskich spółek i powołanie komórki, która by je nadzorowała. Obecnie spółki są nadzorowane przez referat złożony z czterech urzędników i nie widzę powodu, żeby mnożyć stanowiska, wziąwszy pod uwagę dużą samodzielność spółek. Ostrożnie podchodziłbym też do pomysłu powoływania nowych spółek od wszystkiego. Proszę pamiętać, że najpierw te spółki należy wyposażyć w kapitał, pensje prezesów też nie spadną z nieba. Nie mam wątpliwości jedynie, że dobrym pomysłem w przyszłości będzie spółka do realizacji projektu „Kraków Nowa Huta Przyszłości”.
Po piąte – powołanie jednej struktury dbającej o inwestorów, ponieważ teraz zajmują się tym różne komórki magistratu. Moim zdaniem, rozproszenie nie jest takie nieuzasadnione, jak się na pozór wydaje. Przy obsłudze inwestorów, zawsze będzie potrzebna pomoc urzędników specjalizujących się w rozmaitych zagadnieniach – począwszy od planowania przestrzennego, architektury, aż po strategię rozwoju miasta. Dlatego powołane 2 lata temu do życia Centrum Obsługi Inwestora pełni rolę opiekuna inwestora, który ułatwia kontakty z potrzebnymi w konkretnym przypadku wydziałami, podejmującymi określone decyzje. Nie jestem przekonany, czy powołanie do życia molocha zajmującego się wszystkim byłoby efektywne.
Na koniec jeszcze jednak kwestia, którą uważam za szczególnie krzywdzącą dla osób pracujących w magistracie i zajmujących się obsługą przedsiębiorców. W ostatnich latach wykonali kawał dobrej roboty, świadczy o tym choćby liczba prowadzonych spraw. W 2010 roku 143, w ubiegłym roku – ponad 300, a w tym roku tylko do maja już ponad 180 spraw. O tym zaangażowaniu świadczą też nagrody: w ubiegłym roku Financial Times uznał, że Kraków jest jednym z najatrakcyjniejszych miast Europy Wschodniej i miastem z najlepszą strategią proinwestorską. W tym roku w konkursie Poland Outsourcing Awards Kraków został Najlepszym Miastem Dekady w zakresie działań na rzecz rozwoju nowoczesnych usług w całej Polsce, a także zdobył tytuł „ Gmina na 5!” , gdzie Centrum Obsługi Inwestora zdobyło niemal maksymalną liczbę punktów, najlepszą w Polsce.
Byłem ciekaw, czy w części analizy wykonanej przez PO, opisującej obecne działania Krakowa znajdzie się choćby wzmianka o tych działaniach, za które Kraków zbiera uznanie i nagrody. Taka analiza i diagnoza byłaby rzetelna. Jak się państwo domyślają - nie ma o tym ani słowa.

czwartek, 9 maja 2013

Rankingi i sondaże

Chcę Państwu podziękować za zaufanie. Radio Kraków ogłosiło sondaż przeprowadzony przez OBOP, w którym mieszkańców naszego miasta zapytano, na kogo głosowaliby w wyborach prezydenckich, gdyby odbyły się one dzisiaj. Otrzymałem w nim niemal dwukrotnie więcej głosów niż następny potencjalny kandydat i według rozgłośni zostałbym wybrany na następną kadencję. To miła dla mnie wiadomość, ale nie jedyna, którą przyniósł ubiegły tydzień.
Redakcja „Pulsu Biznesu” przyznała mi tytuł Samorządowego Menedżera Regionu za rok 2012. Jest to wyróżnienie dla mnie tym cenniejsze, że… nie musiałem za nie płacić. Mechanizm tego konkursu był bowiem prosty - agencja badawcza zwracała się do gmin w Polsce z prośbą o wskazanie samorządów, które można uznać za liderów w regionie. Samorządowcy spośród gmin w danym województwie wybierali jednego lidera w regionie. Co istotne - nie mogli wskazać własnej gminy. W kolejnym etapie respondenci proszeni byli o wskazanie samorządów gminnych z ich województwa, które są liderem pod względem: zarządzania edukacją, pozyskiwania funduszy unijnych, inwestowania w ochronę środowiska (kanalizacja, utrzymanie czystości), efektywnego budowania aktywności społecznej. W ten sposób samorządy gminne w poszczególnych województwach wyłoniły spośród siebie gminy-liderów w województwie, w podziale na gminy wiejskie, miejsko-wiejskie i miejskie. I ten sondaż uważam za uczciwy.
Z zasady nie biorę za to udziału w sondażach, które wiążą się z opłatami za reklamę u organizatora, wywiad z osobą stojącą na czele gminy lub udział w płatnej gali wręczenia nagród. Uważam to za zwykłe naciągactwo z podobnym schematem: my gwarantujemy ci tytuł (a jest ich mnóstwo, spora część redakcji prasowych, pism branżowych, portali internetowych przyznaje swoje), ale potem musisz wykupić świadczenia za określoną kwotę. Czasami jest to wyrażone wprost i stanowi zapis regulaminu, czasem redakcje działają w sposób bardziej podstępny. Nie tak dawno zastukała do mnie z gratulacjami przedstawicielka pewnej redakcji informując, że uzyskałem przyznany przez nich tytuł. Nawet umówiła się na spotkanie, by mi oficjalnie wręczyć dyplom i statuetkę i przeprowadzić okolicznościowy wywiad. Jednak szósty zmysł moich współpracowników kazał im dopytać się, czy wiąże się to z jakimiś kosztami. I? Oczywiście, trzeba za tenże wywiad słono zapłacić… Do spotkania rzecz jasna nie doszło. Nie uważam zatem, by obnoszenie się z tytułami, które się „kupiło”, stanowiło powód do specjalnej dumy.
Tym cenniejszy jest więc dla mnie również wynik sondażu, który przeprowadzono na zlecenie Radia Kraków. Bo to Państwo, odpowiadając na pytania ankieterów wskazywali, komu z szerokiego wachlarza kandydatów zaufaliby najbardziej, przekazując ster władzy w mieście na kolejną kadencję. Rozumiem, że najczęściej wymieniali Państwo mnie, patrząc na to jak Kraków zmienia się na lepsze przez ostatnie jedenaście lat, ceniąc komfort życia w naszym mieście i przewidywalny, a także konsekwentny sposób zarządzania Krakowem. Bo o sukcesach miasta (czy też jego prezydenta) trudno przeczytać w codziennej prasie. Na pierwsze strony przebija się raczej to, co łatwo nazwać sensacją, kontrowersjami czy wręcz krytykanctwem. Sukcesy zwykle są albo pomijane całkowicie, albo sprowadzają się do malutkich notek, wstydliwie schowanych u dołu strony. Dziękuję zatem za wyrażone w ten sposób wobec mnie zaufanie. Cenię je sobie ogromnie. Ale decyzji czy będę kandydował na następną kadencję jeszcze nie podjąłem. Zrobię to pół roku przed wyborami.

wtorek, 7 maja 2013

Cieszyn cieszy, Dziennik dzieli

Zacznę jak „Dziennik Polski”: Myśleli, myśleli i wymyślili. Dość długo redakcja zastanawiała się jak przyłożyć miastu za kampanię „Kraków to stan umysłu”. Od jej zakończenia minął już tydzień (i to nieścisłość nr 1 w tekście), a „Dziennikowi” wreszcie przyszedł do głowy pomysł, jak by tu ugryźć temat. Redaktor w poszukiwaniu inspiracji zajrzał nad Bałtyk i pod Tatry, i - co ciekawe – dojrzał tam nasze billboardy, choć kampania tak szeroko prowadzona nie była (to nieścisłość nr 2).
Podobają mi się również chętnie stosowane przez redakcję figury stylistyczne takie jak w tym tekście: anonimowi warszawiacy pytają o coś anonimowych krakusów (ktoś-nikt rozmawia z kimś-nikim). Pisze wreszcie autor, cytując anonimowego (!), ale zapewne wyjątkowego specjalistę-internautę, że bezczelnie zerżnęliśmy hasło reklamowe Nowego Jorku. A to więcej niż nieścisłość, to zwyczajna nieprawda. Fraza ta funkcjonuje w języku potocznym i jest wykorzystywana jako określenie stosunku emocjonalnego danej osoby do miejsc, zjawisk i pasji ludzkich na całym świecie. Dlatego dla Woddy’ego Allena takim stanem umysłu jest Nowy Jork, a dla bohaterów naszej kampanii – Kraków. Gwoli ścisłości, symbolem Nowego Jorku jest charakterystyczne „I ♥ NY”.
Naprawdę, nie mam nic przeciwko temu, by „Dziennik Polski” napisał kilka pozytywnych słów o Krakowie, z chęcią wykorzystamy je jako litemotiv czy hasło kolejnych kampanii. Boję się jednak, że to niemożliwe, nie tylko dlatego, że brak mu życzliwości w stosunku do miasta, z którym jest związany, ale również dlatego, że jego własne kampanie reklamowe nie są najwyższych lotów. Hasło Dziennika Polskiego sprzed kilku lat: „Zobacz zmiany”, nie tchnie specjalną oryginalnością ani zbytnią finezją. No więc rzeczywiście, mając takie doświadczenia, lepiej identyfikować się z przywoływanymi jako przykłady hasłami „Toruń – gotyk na dotyk” czy „Cieszyn cieszy”. Podobnym w poetyce mogłoby być np. hasło „Dziennik dzieli”. Szanowna Redakcjo, proszę się nie krępować i wykorzystać je w następnej kampanii. Nie roszczę sobie żadnych praw.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Słowo o sołectwach

Radni postanowili w wyniku zmiany Statutu Miasta, iż w drugim co do wielości mieście w Polsce - czyli w Krakowie - zostaną utworzone sołectwa. Argumentowali przy tym, iż w niektórych dużych miastach istnieją sołectwa, a zatem Kraków nie może być gorszy. Miałoby to pozwolić na otrzymywanie zwrotów z budżetu państwa za wydatki ponoszone z funduszy sołeckich. W konsekwencji do Krakowa - wedle wyobrażenia radnych - miały by trafić dodatkowe miliony złotych. Układanka wydaje się być spójna, ale jak przyjrzymy się poszczególnym klocuszkom tego rozumowania to okazuje się, że nic do niczego nie pasuje.
Istotnie, są w Polsce miasta gdzie funkcjonują sołectwa. Wedle danych z 2012 r. takie struktury śladowo występowały na przykład w Warszawie czy też w Słupsku. Mało kto jednak dostrzega, iż te sołectwa nie zostały utworzone w wyniku odgórnej inżynierii ustrojowej, ale były niejako „odziedziczone” przez gminy. To następstwo rozrostu granic administracyjnych miast o kolejne wsie. Sołectwa ze względu na uwarunkowania historyczne i tradycję nie były po prostu tam likwidowane. Reżyserowanie samorządu wiejskiego w warunkach wielkomiejskich w tym kontekście zaprzecza historycznym doświadczeniom, który rodzi pewien zgrzyt. Oczami wyobraźni widzę jak krakowscy sołtysi będą dojeżdżać na zebrania wiejskie szybkim tramwajem lub nawet - jak niektórzy chcą  - metrem.
Układanka radnych się sypie również gdy ocenimy rzekome korzyści finansowe dla Krakowa. Zgodnie z ustawą o funduszu sołeckim gminy mogą otrzymywać częściowe zwroty z budżetu państwa na wydatki ponoszone z funduszu. Przeciętny fundusz sołecki w Województwie Małopolskim wynosi 20 tys. zł. Zwrot z budżetu państwa to zatem kilka tysięcy złotych. W skali całego kraju z budżetu państwa z tego tytułu odprowadzono do gmin w sumie ok. 50 mln zł. Dużo? Niech każdy to sam oceni pamiętając, że w Polsce jest 40 000 sołectw. Ze swojej strony natomiast przypomnę, że co roku Kraków na zadania dzielnic przeznacza…50 mln zł. Nie będę rozwijał tego wątku.
Chcę jednak zwrócić uwagę na aspekt znacznie ważniejszy. Uważam bowiem, iż ustrój Krakowa musi być przejrzysty i przyjazny mieszkańcom. W Krakowie mamy prezydenta, radę miasta, przewodniczących rad dzielnic, rady dzielnicowe, urząd miasta. Rozumiem mieszańców, którzy nie zawsze mają rozeznanie w tym, kto jest za co odpowiedzialny. Dodatkowe i nadmierne skomplikowanie ustroju naszego miasta poprzez powołanie sołtysów, rad sołeckich, zebrań wiejskich na pewno nie posłuży krakowianom. Wręcz przeciwnie, tworzenie kolejnych drzwi, do których obywatel będzie zmuszony zastukać, aby cos załatwić nie wydaje się być pomysłem przekonującym. Kraków jest spostrzegany jako jedno z najważniejszych miast aglomeracyjnych. W warunkach Europy Środkowo-Wschodniej to metropolia, której rozwój rzutuje na dynamikę modernizacji całego kraju. Stąd wynikają specyficzne role naszego miasta, zaś utrwalanie śladowych funkcji rolniczych i wiejskich w postaci sołectw radykalnie rozmija się ambicjami krakowian. Innymi słowy nie zamienia się pałacu w kurnik tylko po to, aby dostać dopłatę do kilku jajek.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Ile kosztuje „za darmo”?

Komunikacja miejska w Krakowie za darmo – to propozycja, którą zgłosili w liście radni dzielnicy i została ona w mniejszym lub większym stopniu z entuzjazmem podchwycona przez media. Muszę Państwa rozczarować – doświadczenie uczy, że nie ma niczego za darmo.
Jest co najmniej kilka powodów, dlaczego w Krakowie nie zrealizujemy pomysłu radnych i nie wprowadzimy bezpłatnej komunikacji. Proszę nie używać słowa darmowej, komunikacja nadal by kosztowała. Zapłacilibyśmy za nią solidarnie wszyscy z naszych podatków, niezależnie czy ktoś z niej korzysta czy nie, choć w tej chwili w 60 proc. jest finansowana przez osoby jeżdżące tramwajami i autobusami i kupujące bilety.
Najpierw uporządkujmy fakty. W tym roku komunikacja miejska będzie nas kosztować w sumie 409 mln zł. 267 mln zł pochodzi ze sprzedaży biletów, 16 mln zł płacą gminy, do których kursują krakowskie autobusy, więc jak łatwo obliczyć, że budżetu miasta dołożymy 126 mln zł rocznie.
Zdaniem pomysłodawców "darmowej" komunikacji, gdyby wszystkie osoby, które w Krakowie mieszkają, ale nie płacą tutaj podatków zmieniły swój urząd skarbowy na krakowski do budżetu miasta wpłynęłoby 225 mln zł. Wystarczyłoby je przeznaczyć na komunikację w zamian za dochód z biletów. Trudno mi uwierzyć, że nagle taką decyzję podejmuje 150 tysięcy osób, które do tej pory nie płaciły u nas podatków. W ubiegłym roku, po kampanii zachęcającej do płacenia podatków w naszym mieście przybyło… 6 tysięcy nowych podatników. Nie jest to liczba różniąca się zasadniczo od tej z poprzednich lat. W tym roku kampania też ruszy, ale moim zdaniem nie należy się spodziewać o wiele lepszego wyniku, bo i też nie o wyścig tu chodzi. Ta kampania ma przede wszystkim charakter edukacyjny, pokazujący powiązanie naszych podatków z jakością życia w mieście i powinna budować więź z miastem.
Dlatego uważam, że propozycję bezpłatnej komunikacji można określić mianem dzielenia skóry na niedźwiedziu. Nie znalazłem w liście konkretnych pozycji, z których zadań miasto będzie musiało zrezygnować, gdy nowych podatników nie przybędzie i trzeba będzie zaoszczędzić 267 mln zł na dołożenie do funkcjonowania komunikacji miejskiej na obecnym poziomie. Łatwiej dzielić nieistniejące pieniądze, niż powiedzieć, że „darmowa komunikacja” wiązałaby się z np. mniejszym dofinansowaniem do działalności instytucji kultury, większymi cięciami w oświacie, mniejszymi wydatkami na remonty ulic i chodników, itd. Nie mam wątpliwości, że w pierwszej kolejności musielibyśmy rezygnować z inwestycji, a więc np. z nowych linii tramwajowych, bo nie dość, że budowa sama w sobie nie jest tania, to potem nowa linia zwiększa koszty utrzymania całej komunikacji. Kraków nie może sobie pozwolić na takie dylematy, bo jest miastem które się rozwija, i w którym (jako jednym z nielicznych w Polsce) przybywa mieszkańców. Jeszcze wiele osiedli w Krakowie czeka na lepszą komunikację.
Dziwi mnie stawianie Krakowowi za wzór Tallina czy Żor. Przy całym szacunku dla tych miast – to nie ta skala. Szacujemy, że w Krakowie żyje ok. milion osób. Cała Estonia liczy 1mln 300 tys. mieszkańców, a koszt utrzymania komunikacji miejskiej w jej stolicy to - jak wyczytałem - ok. 48 mln zł, a więc dziesięć razy taniej niż w Krakowie. W Żorach koszt komunikacji bezpłatnej szacuje się na 3,3 mln zł, czyli 1,5 proc. w budżecie wynoszącym 230 mln zł. W Krakowie komunikacja miejska pochłania ponad 10 proc. całego naszego budżetu. Jak więc widać łatwiej takie rozwiązanie wprowadzić w tych miastach, gdzie system komunikacji miejskiej jest tańszy i mniej skomplikowany. Pytanie do pomysłodawców: dlaczego na taki rewolucyjny krok nie zdecydowało się żadne znaczenie bogatsze od Krakowa miasto w Europie zachodniej?
Zapytają Państwo, czy podoba mi się sama idea wprowadzenia bezpłatnej komunikacji miejskiej? Oczywiście! Mamy przecież już w Polsce bezpłatną służbę zdrowia i edukację…