czwartek, 9 maja 2013

Rankingi i sondaże

Chcę Państwu podziękować za zaufanie. Radio Kraków ogłosiło sondaż przeprowadzony przez OBOP, w którym mieszkańców naszego miasta zapytano, na kogo głosowaliby w wyborach prezydenckich, gdyby odbyły się one dzisiaj. Otrzymałem w nim niemal dwukrotnie więcej głosów niż następny potencjalny kandydat i według rozgłośni zostałbym wybrany na następną kadencję. To miła dla mnie wiadomość, ale nie jedyna, którą przyniósł ubiegły tydzień.
Redakcja „Pulsu Biznesu” przyznała mi tytuł Samorządowego Menedżera Regionu za rok 2012. Jest to wyróżnienie dla mnie tym cenniejsze, że… nie musiałem za nie płacić. Mechanizm tego konkursu był bowiem prosty - agencja badawcza zwracała się do gmin w Polsce z prośbą o wskazanie samorządów, które można uznać za liderów w regionie. Samorządowcy spośród gmin w danym województwie wybierali jednego lidera w regionie. Co istotne - nie mogli wskazać własnej gminy. W kolejnym etapie respondenci proszeni byli o wskazanie samorządów gminnych z ich województwa, które są liderem pod względem: zarządzania edukacją, pozyskiwania funduszy unijnych, inwestowania w ochronę środowiska (kanalizacja, utrzymanie czystości), efektywnego budowania aktywności społecznej. W ten sposób samorządy gminne w poszczególnych województwach wyłoniły spośród siebie gminy-liderów w województwie, w podziale na gminy wiejskie, miejsko-wiejskie i miejskie. I ten sondaż uważam za uczciwy.
Z zasady nie biorę za to udziału w sondażach, które wiążą się z opłatami za reklamę u organizatora, wywiad z osobą stojącą na czele gminy lub udział w płatnej gali wręczenia nagród. Uważam to za zwykłe naciągactwo z podobnym schematem: my gwarantujemy ci tytuł (a jest ich mnóstwo, spora część redakcji prasowych, pism branżowych, portali internetowych przyznaje swoje), ale potem musisz wykupić świadczenia za określoną kwotę. Czasami jest to wyrażone wprost i stanowi zapis regulaminu, czasem redakcje działają w sposób bardziej podstępny. Nie tak dawno zastukała do mnie z gratulacjami przedstawicielka pewnej redakcji informując, że uzyskałem przyznany przez nich tytuł. Nawet umówiła się na spotkanie, by mi oficjalnie wręczyć dyplom i statuetkę i przeprowadzić okolicznościowy wywiad. Jednak szósty zmysł moich współpracowników kazał im dopytać się, czy wiąże się to z jakimiś kosztami. I? Oczywiście, trzeba za tenże wywiad słono zapłacić… Do spotkania rzecz jasna nie doszło. Nie uważam zatem, by obnoszenie się z tytułami, które się „kupiło”, stanowiło powód do specjalnej dumy.
Tym cenniejszy jest więc dla mnie również wynik sondażu, który przeprowadzono na zlecenie Radia Kraków. Bo to Państwo, odpowiadając na pytania ankieterów wskazywali, komu z szerokiego wachlarza kandydatów zaufaliby najbardziej, przekazując ster władzy w mieście na kolejną kadencję. Rozumiem, że najczęściej wymieniali Państwo mnie, patrząc na to jak Kraków zmienia się na lepsze przez ostatnie jedenaście lat, ceniąc komfort życia w naszym mieście i przewidywalny, a także konsekwentny sposób zarządzania Krakowem. Bo o sukcesach miasta (czy też jego prezydenta) trudno przeczytać w codziennej prasie. Na pierwsze strony przebija się raczej to, co łatwo nazwać sensacją, kontrowersjami czy wręcz krytykanctwem. Sukcesy zwykle są albo pomijane całkowicie, albo sprowadzają się do malutkich notek, wstydliwie schowanych u dołu strony. Dziękuję zatem za wyrażone w ten sposób wobec mnie zaufanie. Cenię je sobie ogromnie. Ale decyzji czy będę kandydował na następną kadencję jeszcze nie podjąłem. Zrobię to pół roku przed wyborami.

wtorek, 7 maja 2013

Cieszyn cieszy, Dziennik dzieli

Zacznę jak „Dziennik Polski”: Myśleli, myśleli i wymyślili. Dość długo redakcja zastanawiała się jak przyłożyć miastu za kampanię „Kraków to stan umysłu”. Od jej zakończenia minął już tydzień (i to nieścisłość nr 1 w tekście), a „Dziennikowi” wreszcie przyszedł do głowy pomysł, jak by tu ugryźć temat. Redaktor w poszukiwaniu inspiracji zajrzał nad Bałtyk i pod Tatry, i - co ciekawe – dojrzał tam nasze billboardy, choć kampania tak szeroko prowadzona nie była (to nieścisłość nr 2).
Podobają mi się również chętnie stosowane przez redakcję figury stylistyczne takie jak w tym tekście: anonimowi warszawiacy pytają o coś anonimowych krakusów (ktoś-nikt rozmawia z kimś-nikim). Pisze wreszcie autor, cytując anonimowego (!), ale zapewne wyjątkowego specjalistę-internautę, że bezczelnie zerżnęliśmy hasło reklamowe Nowego Jorku. A to więcej niż nieścisłość, to zwyczajna nieprawda. Fraza ta funkcjonuje w języku potocznym i jest wykorzystywana jako określenie stosunku emocjonalnego danej osoby do miejsc, zjawisk i pasji ludzkich na całym świecie. Dlatego dla Woddy’ego Allena takim stanem umysłu jest Nowy Jork, a dla bohaterów naszej kampanii – Kraków. Gwoli ścisłości, symbolem Nowego Jorku jest charakterystyczne „I ♥ NY”.
Naprawdę, nie mam nic przeciwko temu, by „Dziennik Polski” napisał kilka pozytywnych słów o Krakowie, z chęcią wykorzystamy je jako litemotiv czy hasło kolejnych kampanii. Boję się jednak, że to niemożliwe, nie tylko dlatego, że brak mu życzliwości w stosunku do miasta, z którym jest związany, ale również dlatego, że jego własne kampanie reklamowe nie są najwyższych lotów. Hasło Dziennika Polskiego sprzed kilku lat: „Zobacz zmiany”, nie tchnie specjalną oryginalnością ani zbytnią finezją. No więc rzeczywiście, mając takie doświadczenia, lepiej identyfikować się z przywoływanymi jako przykłady hasłami „Toruń – gotyk na dotyk” czy „Cieszyn cieszy”. Podobnym w poetyce mogłoby być np. hasło „Dziennik dzieli”. Szanowna Redakcjo, proszę się nie krępować i wykorzystać je w następnej kampanii. Nie roszczę sobie żadnych praw.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Słowo o sołectwach

Radni postanowili w wyniku zmiany Statutu Miasta, iż w drugim co do wielości mieście w Polsce - czyli w Krakowie - zostaną utworzone sołectwa. Argumentowali przy tym, iż w niektórych dużych miastach istnieją sołectwa, a zatem Kraków nie może być gorszy. Miałoby to pozwolić na otrzymywanie zwrotów z budżetu państwa za wydatki ponoszone z funduszy sołeckich. W konsekwencji do Krakowa - wedle wyobrażenia radnych - miały by trafić dodatkowe miliony złotych. Układanka wydaje się być spójna, ale jak przyjrzymy się poszczególnym klocuszkom tego rozumowania to okazuje się, że nic do niczego nie pasuje.
Istotnie, są w Polsce miasta gdzie funkcjonują sołectwa. Wedle danych z 2012 r. takie struktury śladowo występowały na przykład w Warszawie czy też w Słupsku. Mało kto jednak dostrzega, iż te sołectwa nie zostały utworzone w wyniku odgórnej inżynierii ustrojowej, ale były niejako „odziedziczone” przez gminy. To następstwo rozrostu granic administracyjnych miast o kolejne wsie. Sołectwa ze względu na uwarunkowania historyczne i tradycję nie były po prostu tam likwidowane. Reżyserowanie samorządu wiejskiego w warunkach wielkomiejskich w tym kontekście zaprzecza historycznym doświadczeniom, który rodzi pewien zgrzyt. Oczami wyobraźni widzę jak krakowscy sołtysi będą dojeżdżać na zebrania wiejskie szybkim tramwajem lub nawet - jak niektórzy chcą  - metrem.
Układanka radnych się sypie również gdy ocenimy rzekome korzyści finansowe dla Krakowa. Zgodnie z ustawą o funduszu sołeckim gminy mogą otrzymywać częściowe zwroty z budżetu państwa na wydatki ponoszone z funduszu. Przeciętny fundusz sołecki w Województwie Małopolskim wynosi 20 tys. zł. Zwrot z budżetu państwa to zatem kilka tysięcy złotych. W skali całego kraju z budżetu państwa z tego tytułu odprowadzono do gmin w sumie ok. 50 mln zł. Dużo? Niech każdy to sam oceni pamiętając, że w Polsce jest 40 000 sołectw. Ze swojej strony natomiast przypomnę, że co roku Kraków na zadania dzielnic przeznacza…50 mln zł. Nie będę rozwijał tego wątku.
Chcę jednak zwrócić uwagę na aspekt znacznie ważniejszy. Uważam bowiem, iż ustrój Krakowa musi być przejrzysty i przyjazny mieszkańcom. W Krakowie mamy prezydenta, radę miasta, przewodniczących rad dzielnic, rady dzielnicowe, urząd miasta. Rozumiem mieszańców, którzy nie zawsze mają rozeznanie w tym, kto jest za co odpowiedzialny. Dodatkowe i nadmierne skomplikowanie ustroju naszego miasta poprzez powołanie sołtysów, rad sołeckich, zebrań wiejskich na pewno nie posłuży krakowianom. Wręcz przeciwnie, tworzenie kolejnych drzwi, do których obywatel będzie zmuszony zastukać, aby cos załatwić nie wydaje się być pomysłem przekonującym. Kraków jest spostrzegany jako jedno z najważniejszych miast aglomeracyjnych. W warunkach Europy Środkowo-Wschodniej to metropolia, której rozwój rzutuje na dynamikę modernizacji całego kraju. Stąd wynikają specyficzne role naszego miasta, zaś utrwalanie śladowych funkcji rolniczych i wiejskich w postaci sołectw radykalnie rozmija się ambicjami krakowian. Innymi słowy nie zamienia się pałacu w kurnik tylko po to, aby dostać dopłatę do kilku jajek.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Ile kosztuje „za darmo”?

Komunikacja miejska w Krakowie za darmo – to propozycja, którą zgłosili w liście radni dzielnicy i została ona w mniejszym lub większym stopniu z entuzjazmem podchwycona przez media. Muszę Państwa rozczarować – doświadczenie uczy, że nie ma niczego za darmo.
Jest co najmniej kilka powodów, dlaczego w Krakowie nie zrealizujemy pomysłu radnych i nie wprowadzimy bezpłatnej komunikacji. Proszę nie używać słowa darmowej, komunikacja nadal by kosztowała. Zapłacilibyśmy za nią solidarnie wszyscy z naszych podatków, niezależnie czy ktoś z niej korzysta czy nie, choć w tej chwili w 60 proc. jest finansowana przez osoby jeżdżące tramwajami i autobusami i kupujące bilety.
Najpierw uporządkujmy fakty. W tym roku komunikacja miejska będzie nas kosztować w sumie 409 mln zł. 267 mln zł pochodzi ze sprzedaży biletów, 16 mln zł płacą gminy, do których kursują krakowskie autobusy, więc jak łatwo obliczyć, że budżetu miasta dołożymy 126 mln zł rocznie.
Zdaniem pomysłodawców "darmowej" komunikacji, gdyby wszystkie osoby, które w Krakowie mieszkają, ale nie płacą tutaj podatków zmieniły swój urząd skarbowy na krakowski do budżetu miasta wpłynęłoby 225 mln zł. Wystarczyłoby je przeznaczyć na komunikację w zamian za dochód z biletów. Trudno mi uwierzyć, że nagle taką decyzję podejmuje 150 tysięcy osób, które do tej pory nie płaciły u nas podatków. W ubiegłym roku, po kampanii zachęcającej do płacenia podatków w naszym mieście przybyło… 6 tysięcy nowych podatników. Nie jest to liczba różniąca się zasadniczo od tej z poprzednich lat. W tym roku kampania też ruszy, ale moim zdaniem nie należy się spodziewać o wiele lepszego wyniku, bo i też nie o wyścig tu chodzi. Ta kampania ma przede wszystkim charakter edukacyjny, pokazujący powiązanie naszych podatków z jakością życia w mieście i powinna budować więź z miastem.
Dlatego uważam, że propozycję bezpłatnej komunikacji można określić mianem dzielenia skóry na niedźwiedziu. Nie znalazłem w liście konkretnych pozycji, z których zadań miasto będzie musiało zrezygnować, gdy nowych podatników nie przybędzie i trzeba będzie zaoszczędzić 267 mln zł na dołożenie do funkcjonowania komunikacji miejskiej na obecnym poziomie. Łatwiej dzielić nieistniejące pieniądze, niż powiedzieć, że „darmowa komunikacja” wiązałaby się z np. mniejszym dofinansowaniem do działalności instytucji kultury, większymi cięciami w oświacie, mniejszymi wydatkami na remonty ulic i chodników, itd. Nie mam wątpliwości, że w pierwszej kolejności musielibyśmy rezygnować z inwestycji, a więc np. z nowych linii tramwajowych, bo nie dość, że budowa sama w sobie nie jest tania, to potem nowa linia zwiększa koszty utrzymania całej komunikacji. Kraków nie może sobie pozwolić na takie dylematy, bo jest miastem które się rozwija, i w którym (jako jednym z nielicznych w Polsce) przybywa mieszkańców. Jeszcze wiele osiedli w Krakowie czeka na lepszą komunikację.
Dziwi mnie stawianie Krakowowi za wzór Tallina czy Żor. Przy całym szacunku dla tych miast – to nie ta skala. Szacujemy, że w Krakowie żyje ok. milion osób. Cała Estonia liczy 1mln 300 tys. mieszkańców, a koszt utrzymania komunikacji miejskiej w jej stolicy to - jak wyczytałem - ok. 48 mln zł, a więc dziesięć razy taniej niż w Krakowie. W Żorach koszt komunikacji bezpłatnej szacuje się na 3,3 mln zł, czyli 1,5 proc. w budżecie wynoszącym 230 mln zł. W Krakowie komunikacja miejska pochłania ponad 10 proc. całego naszego budżetu. Jak więc widać łatwiej takie rozwiązanie wprowadzić w tych miastach, gdzie system komunikacji miejskiej jest tańszy i mniej skomplikowany. Pytanie do pomysłodawców: dlaczego na taki rewolucyjny krok nie zdecydowało się żadne znaczenie bogatsze od Krakowa miasto w Europie zachodniej?
Zapytają Państwo, czy podoba mi się sama idea wprowadzenia bezpłatnej komunikacji miejskiej? Oczywiście! Mamy przecież już w Polsce bezpłatną służbę zdrowia i edukację…

piątek, 29 marca 2013

Nowa Huta ma przyszłość

Kilka dni temu podpisałem z marszałkiem Markiem Sową umowę o współpracy na rzecz realizacji projektu „Kraków Nowa Huta Przyszłości”. Dziś kilka słów chciałbym poświęcić temu przedsięwzięciu, które rozpoczyna nową kartę w dziejach Krakowa i przy okazji - jak wynika z lektury forów internetowych - wzbudza wiele emocji.
Pozwolę sobie więc na początek przypomnieć, czym jest „Kraków Nowa Huta Przyszłości”. To koncepcja ożywienia wschodniej części Krakowa i największa szansa inwestycyjna w Europie. Projekt zakłada rewitalizację poprzemysłowych terenów i zagospodarowanie obszaru o powierzchni 5,5 tys. ha, w sposób podnoszący atrakcyjność dzielnicy dla inwestorów i mieszkańców. Ramy tego terenu od południa wyznacza Wisła, od zachodu ul. Bulwarowa i ul. Klasztorna, od północy - linia kolejowa, obwodnica Krakowa, od wschodu - granica Gminy Kraków. Najważniejsze tereny koncentrują się wokół ulicy Igołomskiej – to oś dookoła której ma się rozwijać nowa dzielnica.
Najważniejszym zamierzeniem, aktywizującym gospodarczo wschodnią część Krakowa jest Park Naukowo–Technologiczny w Branicach. Ma to być obszar przeznaczony dla inwestorów, w szczególności dla innowacyjnych przedsiębiorstw technologicznych i nowoczesnego przemysłu. Wschód Krakowa ma być także miejscem wydarzeń kulturalnych i wypoczynku. W tym celu planowane jest utworzenie Błoń 2.0 na obszarze ok 37 ha oraz zagospodarowanie Przylasku Rusieckiego. Warto podkreślić, że w tym rejonie znajdują się źródła geotermalne co stwarza możliwość korzystania z nieszkodliwej dla natury i niezwykle przyjaznej ludziom, odnawialnej energii. Dzięki temu mieszkańcy Krakowa, gmin ościennych oraz turyści mają szansę na korzystanie, w niedalekiej przyszłości, z miejskiego kompleksu basenów termalnych.
Podpisana umowa o współpracy zakłada, że będziemy wspólnie dążyć do scalenia rozdrobionych obecnie działek, by były atrakcyjniejsze dla inwestorów, zadbamy o rozwój infrastruktury w tamtym rejonie, a także wspólnie będziemy zabiegać o środki unijne na realizację projektu. Dziwi mnie fakt, że ten projekt wzbudza tak wielkie, nie zawsze pozytywne emocje. Spotykam się z argumentami, że zamiast wydawać pieniądze na nową część miasta powinniśmy wyremontować chodniki, dofinansować posiłki w szkołach czy zlikwidować smog nad miastem. Zgadzam się, że wszystkie wymienione zadania są bardzo ważne, ale proszę pamiętać, że główną ideą projektu „Kraków Nowa Huta przyszłości” jest stworzenie nowych miejsc pracy, których nie da nam wyremontowany chodnik. Chcę, by nasz dzieci i wnuki nie musiały wyjeżdżać z Krakowa za pracą. Chcę też, by Kraków zatrzymywał u siebie najlepszych absolwentów naszych uczelni. Pieniądze na realizację tego projektu nie uszczuploną w żaden sposób naszych wydatków na remonty dróg, oświatę, czy wymianę pieców węglowych. Będę pochodzić z zupełnie innych źródeł. Doświadczenie wskazuje, że Unia Europejska mocno wspiera finansowo idee rewitalizacji terenów poprzemysłowych.
Chcę też uspokoić tych, którzy już teraz narzekają, że planujemy budowę „drugiego Ruczaju” – miejsca do granic możliwości zabudowanego przez deweloperów. Proszę pamiętać, że mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Na Ruczaju przez wiele lat miasto nie miało możliwości prawnego ingerowania w plany budowlańców z powodu braku planów miejscowych. Nowe tereny w Hucie mają być zagospodarowywane zgodnie z zasadami przyjętymi w dokumentach planistycznych - studium zagospodarowania miasta i planach zagospodarowania przestrzennego. Stąd też spore rezerwy terenów zielonych, które mają służyć wypoczynkowi mieszkańców. (Nawiasem mówiąc nawet nie wiem jak mam skomentować zarzut, że niepotrzebne są miastu drugie Błonia, gdy na co dzień raczej spotykam się z argumentem, że w mieście wszystko jest zabudowywane i nie zostawiamy miejsca na zieleń).
To nie jest projekt, który zrealizujemy w kilka lat. Nowa krakowska dzielnica będzie powstawała latami. Ale warto ten pierwszy krok wykonać już teraz.

wtorek, 12 marca 2013

Historia lubi się powtarzać?

Czasami warto spojrzeć na samorząd z perspektywy historycznej. Tej perspektywy, która pozwala uchwycić pewien kontekst ciągłości i analogii. Bynajmniej nie w tym wygodnym celu, aby usprawiedliwić współczesność, ale raczej aby wyciągnąć pożyteczne wnioski.
Nie trudno zauważyć, iż kondycja samorządów lokalnych w III RP jest słaba. Kłopoty z płynnością finansową znaczącej liczby gmin, ograniczanie przez władzę centralną elastyczności finansowej, która tworzy bariery w racjonalnej obsłudze zadłużenia miast, obciążanie i spychanie na społeczności lokalne coraz to nowych zadań bez wystarczających środków – to zjawiska, które są już nie tylko w ujęciu akademickim dostatecznie rozpoznanie, ale stają się częścią publicystycznej świadomości. To napięcie pomiędzy samorządem a rządem na tle wydolności lokalnych budżetów jest realnym problemem.
To samo realne napięcie towarzyszyło państwowości polskiej okresu międzywojnia. Nie przesądzając czy jest to spór na trwale wpisany w charakter państwa unitarnego czy też urasta on aż do rangi dialektycznej. Wydaje się natomiast, że jest to analogia, w której wyraża się pewna dysfunkcja zarówno Drugiej, jak i Trzeciej Rzeczpospolitej, z tą wszak istotną różnicą, że minione elity potrafiły wprowadzić program naprawczy, który przywrócił solidne podstawy funkcjonowania przedwojennych gmin oraz powiatów.
Pierwsza połowa lat 30 ubiegłego wieku to zapaść budżetowa polskiego samorządu. Kłopoty ze spłatami tzw. pożyczek ulanowskich, ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, który także pogrążył Polskę zmusiły ówczesnych włodarzy gmin i powiatów do zaciągania krótkoterminowych pożyczek bankowych i wekslowych. Tak jak i dziś te pożyczki nie były wyrazem niezdefiniowanej fanaberii czy też rozrzutności lokalnych społeczności. Za te pieniądze budowano drogi, kanalizację, szkoły, obiekty użyteczności kulturalnej. Tak jak i dziś kredyty te ogrywały rolę cywilizacyjnego koła zamachowego. Od 1930 roku zdecydowana większość jednostek samorządu terytorialnego wykazywała deficyt w budżetach zwyczajnych. Ten stan rzeczy był skutkiem raptownego spadku dochodów, przy względnej sztywności wydatków. Coraz silniej odczuwano też konsekwencje polityki rządowej: odbieranie przez rząd niektórych źródeł dochodów samorządowych, odebranie prawa samodzielnej egzekucji podatków oraz nakładanie coraz to nowych obowiązków bez finansowania. Brzmi to znajomo? Niestety tak. Również dobrze moglibyśmy tymi słowami opisać obecną sytuację jednostek samorządu terytorialnego.
Według danych Związku Miast Polskich w wyniku różnego rodzaju zmian legislacyjnych w latach 2006-2012 samorządy utraciły 8 mld zł. Do tego dochodzi obciążenie powiatów i województw długami za szpitale, które powstały w wyniku niewydolności sytemu opieki zdrowotnej Sytuacje komplikuje niewystarczające środki jakie otrzymują samorządy na oświatę z budżetu państwa. Temu towarzyszy polityka zbijania rządowego deficytu budżetowego kosztem ograniczania swobody ekonomicznej gmin, co nawet Narodowy Bank Polski w opinii do ustawy budżetowej na rok 2012 uznał za nierealne i niebezpieczne. Można by uznać, iż samorządność w II i II RP podążają tą samą drogą. Ale i tutaj następuje rozdroże, które świadczy o mądrości przedwojennych państwowców. Od 1932 roku następuje proces naprawy finansów samorządowych. W sytuacji rzeczywistej niewypłacalności sektora samorządowego zdecydowano o podjęciu programu oddłużeniowego. W styczniu 1932 roku powstaje Komisja Uzdrowienia Gospodarki Komunalnej. Wśród oddłużonych jednostek samorządu terytorialnego znalazło się 461 miast (w tym 51 wydzielonych z powiatów), 165 powiatów, 301 gmin wiejskich. W sierpnia 1938 roku została uchwalona ustawa o poprawie finansów związków samorządu terytorialnego i o zmianie ustawy o tymczasowym uregulowaniu finansów komunalnych. W konsekwencji Skarb Państwa przejmował na siebie część zobowiązań samorządów.
Teraz nikt nie wymaga od rządu tak radykalnych kroków. Nikt nie oczekuje akcji oddłużeniowej. Samorządy dadzą sobie radę pod warunkiem, iż władze centralne zmienią swoją dotychczasową politykę.

czwartek, 7 marca 2013

Krakowskie kredyty

Wbrew obiegowym informacjom dług komunalny przypadający na jednego mieszkańca nie jest w Krakowie najwyższy. Jest to kwota per capita 2 645 zł. Dla porównania w Warszawie na jednego mieszkańca dług wynosi 3 493 zł, we Wrocławiu 3 553, zaś w Poznaniu 3 658. Nie przytaczam tych danych aby udowadniać tezę, że Kraków jest bardziej gospodarny, niż Wrocław czy Poznań. Dług jest bowiem tylko i wyłącznie instrumentem rozwoju gmin, nie zaś miernikiem zaradności czy jej braku. Pożyczki prorozwojowe są zresztą elementem gminnej polityki tak starym jak stary jest samorząd. Mało tego, gdyby historyczni prezydenci Krakowa nie korzystali z kredytów inwestycyjnych Kraków byłby dzisiaj prowincjonalnym miasteczkiem a nie tętniącą życiem aglomeracją.
Józef Dietl obejmując urząd prezydenta Krakowa w 1866 r. podjął się zadania wydźwignięcia Krakowa z zapaści, która była konsekwencją osiemnastowiecznych wojen, grabieży pruskiej, działalności austriackiego zaborcy. Możemy mu przypisać wiele zasług - w tym oczyszczenie koryta Starej Wisły, rozwój UJ, powstanie szkoły przemysłowej, przejęcie oświaty w zarząd miasta, powstanie Szkoły Sztuk Pięknych, utworzenie miejskiej straży ogniowej, uporządkowanie Plant, starych murów i baszt obronnych. Wówczas był to niewyobrażalny wysiłek dla miejskich finansów. I mógł zostać zrealizowany jedynie za pomocą pożyczki, która została zaciągnięta w wysokości 1,5 mln koron.
Kraków miał to szczęście, iż kolejni prezydenci nie negowali dorobku poprzedników, lecz starali się kontynuować rozpoczęte dzieło. I tak np. nasze miasto za rządów Feliksa Szlachtowskiego zaciągnęło w 1886 r. dług na inwestycje związane z rozwojem zakładu gazowego i wybudowaniem teatru miejskiego, którego lokalizacja zresztą wywołała wielką obrazę w sercu Jana Matejki. Tym teatrem wzniesionym za pożyczkę jest znany wszystkim Teatr im. Juliusza Słowackiego, bez którego dziś trudno sobie wyobrazić kulturalny Kraków. Prezydent Szlachtowski jednak spotkał się z niewybrednymi zarzutami ze strony radnych miejskich o nadmierne zadłużenie Krakowa. Na nic zdały się tłumaczenia prezydenta, iż majątek gminy w ciągu 20 lat wzrósł trzykrotnie, tak jak i dziś nie wszyscy chcą przyjąć do wiadomości, iż budżet naszego miasta od 2002 r został podwojony. Na szczęście prezydent Szlachtowski nie ulegał presji malkontentów i podczas swojej drugiej kadencji zaciągnął kolejną dużą pożyczkę na budowę mostów na Rudawie i szkół. Ostatecznie nie zniósł niesprawiedliwej krytyki i złożył prezydenturę Krakowa. Historia jednak pokazała kto miał rację.
Mało kto pamięta, iż rozwój dokonany z prezydentury Juliusza Leo to konsekwencja przygotowań poczynionych przez jego poprzednika - Józefa Friedleina. Wówczas to zaplanowano, iż zostanie zaciągnięta pożyczka w wysokości 7 mln złotych koron. I znów te pieniądze poszły na rzeczy najistotniejsze z punktu widzenia potrzeb mieszkańców tj. rozbudowę wodociągów, brukowanie ulic, budowa kanałów, szkół itd.. Prezydent Leo uznał jednak, iż taki plan jest niewystarczający. Stąd też doprowadził do skonwertowania długu i zaciągnięcia nowego w wysokości 23 mln koron. Wychodzono bowiem z założenia, iż „zły stan finansowy mija, zaś budynki i poczynione inwestycje pozostają”. Kraków uzyskał swoja wielkość i stał się miastem na miarę Europy dzięki niebagatelnym kredytom.
W okresie międzywojennym władze Krakowa również nie stroniły od zadłużania miasta, co miało gwarantować jego rozwój. Znamienny jest tutaj „Program Inwestycyjny Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa na lata 1937/38-1943/44”, którego realizację przerwała II Wojna Światowa. Prezydent Mieczysław Kaplicki we wstępie do tego dokumentu nie postawiał złudzeń, iż postęp cywilizacyjny może zostać osiągnięty przez nasze miasto „pod warunkiem zaciągnięcia długoterminowej, niskoprocentowej wielkiej pożyczki” . Tak też się stało.
Możemy sobie wyobrazić Kraków bez pożyczek, ale w tej wizji będzie to Kraków bez estakad, ronda Ofiar Katynia, bez tramwaju na Ruczaj, z zakorkowanym Rondem Mogliskim, itd….Ale czy na taki Kraków wystarczy nam wyobraźni?