czwartek, 27 września 2012

Spłacić dług wdzięczności

Ten felieton piszę kilka godzin przed otwarciem nowego krakowskiego muzeum – Muzeum Armii Krajowej. To rodzaj spłaty długu. W jakiż inny sposób możemy się odwdzięczyć bohaterom, którzy stawiali opór dwudziestowiecznym totalitaryzmom? Jedynie zachowując pamięć o ich bohaterskich czynach dla przyszłych pokoleń.
Krakowskie i małopolskie środowiska kombatanckie już od początku lat 90. ubiegłego wieku pracowały nad utworzenia muzeum poświęconego Armii Krajowej. To ich wysiłki - tysiące przedmiotów podarowanych przez weteranów i ich rodziny, m.in. mundur generała Bora-Komorowskiego, cenne zbiory broni czy archiwalia Armii Krajowej stały się podstawą założonego w 2000 roku muzeum – samorządowej jednostki kultury Miasta Krakowa i Województwa Małopolskiego.
Teraz możemy wreszcie w pełni podziwiać efekty projektu, który nasze miasto, wspólnie z samorządem wojewódzkim realizowało od 2009 roku przy wsparciu środków Unii Europejskiej. Muzeum ma nie tylko imponującą siedzibę w jednym z najlepiej zrewaloryzowanych obiektów postmilitarnych w Europie, ale też ekspozycję na miarę XXI wieku.
Zachęcam do odwiedzenia muzeum. Każdy z ofiarowanych eksponatów ma własną historię – jak choćby sztandar bojowy Przechodniego Inspektoratu Rzeszów AK. Przetrwał on tylko dzięki poświęceniu osób, które podjęły wielkie ryzyko, by przechować go w najbardziej niebezpiecznym okresie, m.in. dzięki heroizmowi porucznika Ludwika Kubika, przez trzy lata przesłuchiwanego -m.in. właśnie w sprawie sztandaru - i skazanego na dożywotnie więzienie. Są tu też pamiątki, których odnalezienie wiąże się z czystym przypadkiem i przygodą. Kilka lat temu, młodzi ludzie uprawiając sporty rowerowe w Lasku Wolskim znaleźli ukryty w korzeniach drzewa depozyt - archiwum podziemnego oddziału, złożone tam po roku 1945. Przekazali je do Muzeum i dzisiaj odtworzone można je oglądać wśród zbiorów. Myślę, że jeszcze niejedna cenna pamiątka czeka na odnalezienie. Być może niejedna zachowała się w rodzinnych zbiorach i zechcecie ją kiedyś Państwo powierzyć naszemu muzeum. Jedno jest pewne: historia każdej z nich w tym właśnie miejscu może być na nowo odczytana i w pełni ożywiona.
To muzeum będzie niezwykłe z jeszcze innego powodu. Zarząd Główny Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej na wniosek Małopolskiego Okręgu Związku jednomyślnie przyjął uchwałę o wyznaczeniu dyżurów żołnierzy AK w muzeum. To bardzo ważna inicjatywa, zwłaszcza dla młodzieży. Bezpośredni kontakt z depozytariuszami etosu i tradycji AK – możliwość poznania historii z ust tych, którzy tę historię tworzyli, dla których eksponaty nie są eksponatami, ale częścią osobistych wspomnień, własnego życia – jest czymś absolutnie bezcennym. Czym innym jest zwyczajne oglądanie broni, czym innym jest oglądnie jej wraz z kimś, kto może opowiedzieć gdzie i kiedy z tą właśnie bronią w ręku walczył. Takie zwiedzanie będzie ewenementem na skalę światową i z całą pewnością wielkim przeżyciem dla zwiedzających. Zapraszam do muzeum!

czwartek, 13 września 2012

Kalejdoskop finansowy

Dane finansowe za pierwsze półrocze nie nastrajają nas optymistycznie. Nie zamierzam ukrywać, że Kraków przekroczył nieznacznie limit dopuszczalnego zadłużenia. Do katastrofy finansowej – co obwieścili już dziennikarze i niektórzy radni – jeszcze nam jednak daleko, tym bardziej, że podsumowanie ostatnich dwóch miesięcy pokazuje, że w porównaniu z półroczem nasz deficyt zmniejszył się o prawie 80 mln zł. Tym niemniej chcę dziś kilka słów poświęcić krakowskim pieniądzom.
Na początek zaproponuję Państwu zagadkę. Proszę odgadnąć, który cytat z lokalnych gazet dotyczy Krakowa?
• „Od pewnego czasu po zmierzchu na ulicach jest ciemno - nie działa uliczne oświetlenie. Podobna sytuacja ma miejsce rano. To nie efekt przestawiania zegarów przez dostarczyciela energii(...), a... oszczędności.”
• „Instytucje kultury straciły aż 1,7 mln zł miejskiego wsparcia. Samorząd tłumaczy to zapaścią finansów publicznych w kraju. Dyrektorzy placówek szukają oszczędności i walczą o dotacje.”
• „Gmina sama ma problemy ze znalezieniem chętnych na wystawione na sprzedaż swoje nieruchomości. Już wiadomo, że do końca tego roku nie zarobi na nich tyle, ile się spodziewała.”
• „Władze (miasta) szukają dodatkowych wpływów nie tylko podwyższając ceny biletów MPK. Według założeń do budżetu na rok 2013, w górę, choć w różnym stopniu, idą niemal wszystkie opłaty samorządowe. Podatki od nieruchomości i środków transportu, czynsze za lokale użytkowe i mieszkalne, opłaty za parkowanie, woda i ścieki, oraz bilety MPK.”
Udało się odgadnąć? Myślą Państwo, że wszystkie dotyczą Krakowa? No to teraz pora na rozwiązanie zagadki: w kolejności prezentowanych cytatów chodzi o Poznań, Toruń, Wrocław i Łódź. Z pewnością miast i cytatów znalazłoby się więcej, ale nie chcę Państwa zanudzać. Chciałem tylko przez to pokazać, że czy się to radnym i dziennikarzom podoba czy nie, musimy stan finansów Krakowa analizować poprzez pryzmat wszystkich polskich samorządów. Bo łatwo oczywiście władzom miasta zarzucić nieudolność, ale jeżeli z tymi samymi problemami borykają się wszystkie miasta, to warto zastanowić się nad ich przyczynami.
Wielokrotnie już to mówiłem, ale będę powtarzał do znudzenia. Kryzys spowodował, że dochody samorządów wprawdzie rosną, ale w stopniu wielokrotnie niższym niż wydatki. I to pomimo bolesnych oszczędności. (Weźmy jako przykład koszt utrzymania komunikacji miejskiej w sytuacji wzrostu cen paliw.) Dodatkowo subwencje i dotacje, które dostajemy z kasy państwa, nie wystarczają na pokrycie kosztów zadań, które rząd przekazał samorządom. Często przytaczanym przykładem (bo i kwota jest największa) jest sytuacja krakowskiej oświaty. Z budżetu państwa dostaniemy w tym roku na jej funkcjonowanie 716,5 mln zł, podczas gdy koszt całości skalkulowany jest na 1 mld 152 mln zł. Czyli 435 mln zł musimy wygospodarować ze swoich własnych dochodów.
Sprawozdania z pierwszego półrocza pokazały, że deficyt Krakowa na koniec czerwca wyniósł 220 mln zł, a limit zadłużenia po odliczenia środków unijnych przekroczyliśmy o 3 procent. Zapytają Państwo z pewnością, co dalej. Czy to już katastrofa? Proszę pamiętać, że te wskaźniki mają jedynie charakter dyscyplinujący samorządy i w tych kategoriach można oceniać budżet miasta dopiero 31 grudnia. Teraz dane zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dysponuję już wstępnymi danymi na koniec sierpnia, z których wynika, że nasz deficyt obniżył się do ok. 143 mln zł. Stało się tak dlatego, że w pierwszej połowie roku musieliśmy zapłacić raty za inwestycje. Teraz nie planujemy tak dużych wydatków, więc przez najbliższe miesiące nasz deficyt będzie się zmniejszał i wierzę, że na koniec roku osiągnie poziom bliski temu, co zaplanowaliśmy.

środa, 23 maja 2012

Ile zarabia prezydent?

Jak zawsze w maju nadszedł czas na szczegółowe analizowanie oświadczeń majątkowych osób, które mają obowiązek złożyć je do końca kwietnia. W wykonaniu krakowskich dziennikarzy to już tradycja i właściwie co roku publikują praktycznie taki sam tekst, z podobnym komentarzem. W tym roku też mnie nie zawiedli i informacja o moim oświadczeniu wraz z głosami oburzenia, że pracuję także na uczelni, ukazała się we wszystkich naszych lokalnych dziennikach (w Dzienniku Polskim i Gazecie Krakowskie ukazał się nawet ten sam tekst). Nowością był fakt, że w tym roku po raz pierwszy przeanalizował moje oświadczenie Tygodnik Powszechny. Swoją drogą interesujące jest, że tylko moje finanse są tak drobiazgowo analizowane, a inne osoby sprawujące ważne funkcje i podejmujące istotne decyzje są traktowane ulgowo. Wszystko to powoduje, że chcę odnieść się do kilku kwestii związanych z moimi zarobkami.
Jak co roku analizie poddawane są dwa dokumenty: PIT oraz oświadczenie majątkowe. Zacznijmy od PIT-u, w którym podliczam dochody z trzech źródeł – dwóch uczelni i magistratu. Nie wchodząc w szczegóły chcę tylko zwrócić dziennikarzom na przyszłość uwagę, żeby podawali dochód, czyli to co dostaję na rękę. Niektórzy z nich uporczywie podają kwotę przychodu, czyli tą, której pracownik nigdy nie widzi na oczy, bo pracodawca jej część odprowadza do różnego rodzaju urzędów. Oburzonym, że łączę funkcję prezydenta z pracą wykładowcy odpowiem, iż nie chcę po zakończeniu urzędowania znaleźć się w roli kogoś, kto nie ma z czego żyć i jest zdany na łaskę innych. Nie chciałbym zostać bohaterem akcji podobnej do tej, którą media nazwały „Cała Polska szuka pracy dla Stanisława Kracika”. Trzeba też wyjaśnić jedną ważną kwestię. Nieprawdę pisze redaktor Bartłomiej Kuraś w Gazecie Wyborczej, sugerując, że łamię prawo, bo nie mogę być nigdzie zatrudniony na etacie poza magistratem. Ustawa pozwala profesorom wybranym na stanowiska państwowe bądź samorządowe wykonywać swoją pracę dydaktyczną. Wykonywał ją mój poprzednik – prezydent Andrzej Gołaś, wykonuje ją prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Walz, na uczelni pracował będąc ministrem Zbigniew Ćwiąkalski i wielu innych. Skoro analizy są tak szczegółowe, to ciekawe, że nikt nie pokusi się porównać zarobku Prezydenta z wynagrodzeniem innych osób.
Kiedyś przeczytałem w jednej z gazet, ze skarżę się na swoje wynagrodzenie. Prawda jest taka, że nigdy się nie skarżyłem, bo obejmując urząd wiedziałem ile zarabia Prezydenta. Chciałem tylko pokazać dziennikarzowi kilka zaskakujących faktów. A oto konkrety. Jako prezydent zarabiam na rękę ok. 8 tysięcy złotych. Mój dzień pracy trwa przeciętnie około 13 godzin, a do tego trzeba doliczyć jeszcze obowiązki sobotnie i niedzielne. Gdybym pracował tylko 8 godzin dziennie (więc i moje zarobki zostałyby proporcjonalnie zmniejszone), to jak kiedyś obliczyłem okazuje się, że miałbym pensję wysoko wykwalifikowanej sekretarki. Dokładnie tyle samo, lub niewiele mniej zarabia burmistrz 20 tysięcznej gminy z kilkanaście razy mniejszym budżetem. A trzeba też zauważyć, że ci burmistrzowie wykonują tylko zadania samorządowe, bo w każdym powiecie jest jeszcze starosta, który zajmuje się zadaniami z zakresu administracji rządowej i otrzymuje za to wynagrodzenie. Ja, tak jak prezydenci innych miast na prawach powiatu wykonujemy zadania zarówno prezydenta jak i starosty, ale tą drugą funkcję pełnimy nieodpłatnie. Trzeba też dodać, że istnieje zasada, że prezydent jest jedyną osobą, która nie ma możliwości otrzymania dodatkowej gratyfikacji w postaci nagrody.
Gdy przyjrzymy się więc zarobkom prezydenta na tle zarobków innych pracowników gminy to wypadają one blado. Rok temu poprosiłem o zrobienie wykazu dochodów uzyskiwanych przez pracowników gminy bez wliczania dochodów z innych źródeł. Na tej liście znalazłem się w czwartej dziesiątce. Wyżej byli wszyscy z kierownictwa urzędu, spółek miejskich, nie mówiąc o szefach miejskich teatrów czy szpitali. Proszę tego nie odczytywać jako skargi. Gdybym nie akceptował tego faktu, przyjąłbym zasadę obowiązującą w czasach mojego poprzednika, że nikt w gminie nie może zarabiać więcej niż prezydent. Ja mam inny pogląd na tą sprawę i uważam, że jeżeli chcemy mieć na danym stanowisku dobrze pracującego fachowca, to należy mu godziwie zapłacić. Dlatego też uważam, że pensje urzędników wydających decyzje pociągające za sobą olbrzymie zobowiązania finansowe, i których stanowiska pracy wymagają dużej odpowiedzialności i wysokich kwalifikacji są zbyt niskie. Jeżeli chodzi o moje oświadczenie majątkowe, to emocje regularnie wzbudza kwestia ponad 600-metrowego domu. Nikomu jednak nie chciało się sprawdzić, że jest to dom trzyrodzinny, w którym mieszkają trzy rodziny. A tak na marginesie – wybudowałem go zanim zostałem prezydentem.
I na koniec bardziej ogólne stwierdzenie. Zwiedzając zabytkowe krakowskie cmentarze czasem możemy natknąć się na wykuty na nagrobku podpis „Obywatel Miasta Krakowa”. Otóż ten napis oznacza, że dana osoba miała w mieście nieruchomość i z tego wynikały dla niej przywileje, ale i obowiązki. Jednym z przywilejów był fakt, że takie osoby mogły być wybierane do władz miasta. Obywatel, by współrządzić miastem, najpierw musiał pokazać, że umie zarządzać swoją własnością. Uważano bowiem, że tylko niezależność finansowa daje gwarancję niezależności w podejmowaniu ważnych dla wszystkich mieszkańców decyzji i zmniejsza możliwość wpływu korupcyjnego. Dlatego bardzo popieram polityków niezależnych finansowo, a z dużym dystansem podchodzę do tych, którzy mimo upływających lat są zależni finansowo od swojej partii.

wtorek, 8 maja 2012

A właśnie, że wygramy!

Na ten dzień czekają z pewnością wszyscy krakowscy kibice. 9 maja puchar Henri Delaunaya przyjedzie do Krakowa. Wierzę, że będzie to dzień, w którym wszyscy po raz pierwszy poczujemy atmosferę Mistrzostw Europy na ulicach naszego miasta. Puchar, który znamy z relacji telewizyjnych, teraz będzie na wyciągnięcie ręki, każdy będzie mógł go z bliska obejrzeć i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zapraszam wszystkich Państwa na plac Szczepański.
Ten nastrój oczekiwania na wielkie piłkarskie święto powoduje, że powraca pytanie, czy nie żal nam, że w Krakowie nie odbędzie się żaden mecz.  Oczywiście, że żal. Ciągle czuję niesmak, że przy podejmowaniu decyzji ważniejsza okazała się polityka niż rzeczywiste przygotowanie miasta do  roli organizatora. Z satysfakcją jednak myślę o zdziwieniu wielu osób, gdy okazało się, że ponad głowami polityków przygotowanie Krakowa docenili trenerzy drużyn narodowych – Anglii, Holandii i Włoch. Gdyby nie brak jeszcze jednego stadionu w mieście, jestem przekonany, że gościlibyśmy także Francuzów. Jeszcze nigdy w historii Mistrzostw Europy tak wiele drużyn nie wybrało tego samego miasta na swoją bazę treningową. Niedawno Kraków wizytowała podkomisja sejmowa zajmująca się przygotowaniami Polski do rozgrywek EURO2012. Nie tylko nasze przygotowanie zostało wysoko ocenione, ale wręcz padło stwierdzenie, że wbrew wszystkiemu wyścig o EURO2012 wygrały nie miasta-gospodarze rozgrywek, ale właśnie pominięty Kraków.
Gorąco wierzę, że tak właśnie jest. Spróbujmy więc odpowiedzieć na pytanie, co zyska Kraków na tym, że będziemy tutaj gościć trzy mocne drużyny. Przede wszystkim ogromną promocję. Już teraz Krakowem interesują się dziennikarze z całej Europy. Piszą nie tylko o naszej bazie sportowej (czasem też niestety o kibicach), ale przede wszystkim pokazują Kraków i to, co warto w mieście zobaczyć. Tak będzie przez całe mistrzostwa. Już teraz stacje telewizyjne szukają najpiękniejszych, najbardziej charakterystycznych miejsc w naszym mieście, z których będą mogły na żywo podsumowywać kolejny dzień rozgrywek. Miasta nigdy nie byłoby stać na to, by w tak wielu zagraniczych tytułach zamieścić reklamę Krakowa. Dzięki EURO mamy ją za darmo. Specjaliści od turystyki podkreślają z kolei, że przyjedzie do nas inna grupa kibiców, niż ci, którzy wybierają się na jeden mecz i wracają do domu. Przyjadą do nas ludzie, którzy mogą sobie pozwolić, przede wszystkim ze względów finansowych, by towarzyszyć swojej drużynie i zostać w pobliżu jej bazy pobytowej kilka dni. A ponieważ jestem przekonany, że Kraków bardzo im się spodoba, to z pewnością o atrakcjach naszego miasta opowiedzą swoim znajomym.
Pozostaje najważniejsze pytanie: czy zarobimy? Bezpośrednio budżet miasta na EURO2012 raczej nie zarobi, ale z pewnością zyskają krakowianie, bo przecież kibice będą robić zakupy w krakowskich sklepach, korzystać z restauracji, kawiarni, taksówek, komunikacji miejskiej...
Nie wiem, która z drużyn zdobędzie puchar Henri Delaunaya, ale jestem przekonany, że Kraków na EURO2012 wygra. Wbrew wszystkiemu!



czwartek, 19 kwietnia 2012

Siła plotki?

Dzisiejsza informacja Gazety Krakowskiej, jakoby Tele-Fonika chciała zrezygnować ze swojej działalności w Krakowie i przeprowadzić się do Katowickiej Strefy Ekonomicznej to jak mniemam plotka, która wzięła się stąd, że według mojej wiedzy Tele-Fonika poszukuje biura w Katowicach za względu na kontakty z partnerami, z którymi firma współpracuje na Śląsku. Z tego co wiem, nigdy natomiast nie zamierzano przenosić siedziby firmy z Krakowa.

Chciałbym się jednak odnieść do kilku stwierdzeń artykułu. Po pierwsze można odnieść mylne wrażenie, że przedsiębiorca lokujący swoje zakłady w specjalnej strefie ekonomicznej otrzymuje je za darmo. Nic bardziej mylnego. Zaproszenie do strefy oznacza, że inwestor musi tereny kupić. Chciałem też podkreślić, że moje kontakty z Bogusławem Cupiałem, zarówno dotyczące działalności Tele-Foniki w Krakowie jak i Klubu Sportowego „Wisła” nigdy nie prowadziły do konfliktów.

W ubiegłym roku spotkałem się z przedstawicielami Zarządu Tele-Foniki, którzy przedstawili mi projekt rozwoju firmy. Zapowiedziałem wtedy pełną pomoc miasta w ich realizacji, jeżeli chodzi o sprawy administracyjne. Nic mi nie wiadomo, żeby te plany miały ulec zmianie.

Trzeba przyznać, że tereny w Krakowie, którymi dysponuje Tele-Fonika, z punktu widzenia działalności przemysłowej nie są usytuowane szczęśliwie. Dlatego dziwi mnie wypowiedź Stanisława Kracika, prezesa Małopolskich Parków Przemysłowych, wymieniającego w gazecie zalety wyprowadzki z Krakowa. Życzę Panu Prezesowi sukcesów w poszukiwaniu dogodnych terenów dla Tele-Foniki, ale na terenie województwa małopolskiego, a nie śląskiego.



środa, 18 kwietnia 2012

Rozsądne kalkulowanie miarą dojrzałości

Od małego uczymy dzieci, że podejmując decyzje muszą dokładnie przemyśleć za i przeciw , a potem liczyć się z konsekwencjami. Taka umiejętność rozsądnego kalkulowania jest jedną z miar dojrzałości. Chcemy, by nasze dzieci to potrafiły. Często jednak i dorośli mają z tym problemy. A prawdziwe kłopoty zaczynają się wtedy, gdy konsekwencji nie potrafią przewidzieć osoby decydujące o sprawach ważnych dla całego miasta. I oczekują, że jakiś cud sprawi, że ich błędy zostaną naprawione.

Konkrety? Proszę bardzo! Oszczędzanie na oświetleniu ulicznym. Jeżeli zapytają mnie Państwo, czy uważam, że jest to dobra metoda oszczędzania, to odpowiem to, co już wielokrotnie publicznie mówiłem: pomysł jest idiotyczny! Tak samo jak Państwo jeżdżę i chodzę wieczorami po ulicach Krakowa. Wiem, jaki kierowcy mają problem przy siąpiącym deszczu, by dostrzec w porę pieszego. Cóż z tego, skoro jeszcze kilka miesięcy temu przy uchwalaniu budżetu , cześć radnych uważała, że przesadzam ostrzegając przed ciemnymi ulicami i wszystkimi związanymi z tym problemami. Prosiłem, by swoją poprawką rada nie zmniejszała pieniędzy przeznaczonych na oświetlenie ulic. Nie wiem, jaką logiką kierowali się radni, skoro przy rosnących rachunkach za energię i wyliczeniach, że oświetlenie krakowskich ulic kosztuje ok. 19 mln zł zadecydowali, że po odjęciu prawie dwóch milionów złotych, na zapłacenie rachunków za prąd miastu i tak wystarczy pieniędzy. Niestety nie wystarczy, bo cuda się nie zdarzają. To tak jakby iść na zakupy po konkretną rzecz ze świadomością, że w portfelu ma się mniej pieniędzy niż ona kosztuje, a potem się dziwić, że sprzedawca nie chciał nam jej sprzedać.

Miastu pozostało tylko zminimalizowanie skutków tej decyzji. Ponieważ z obliczeń wynikało, że musimy każdego dnia godzinę krócej korzystać z oświetlenia, chcieliśmy w środku nocy na godzinę gasić latarnie. Od tego pomysłu odwiedli nas specjaliści od bezpieczeństwa, przekonując, że kompletne ciemności w środku nocy to raj dla włamywaczy i złodziei aut. Pozostało skracanie czasu wieczorem i nad ranem.

Co prawda radni zabierając pieniądze z budżetu zarządzonego przez ZIKIT na oświetlenie, tą samą poprawką dodali ZIKiT-owi pieniędzy, ale cóż z tego, skoro wskazali konkretne zadania, które należy za nie wykonać. Nie wolno więc zapłacić z nich rachunków za prąd. Efekt jest taki, że na remont małej ulicy, z której korzysta niewiele osób pieniądze są, a na oświetlenie uliczne ważne dla wszystkich – pieniędzy nie ma.

Czytam potem jedną z gazet i oczom nie wierzę. Radny, któremu też nie podobają się oszczędności na oświetleniu twierdzi, że brakujące pieniądze powinien znaleźć prezydent. Niestety pieniędzy ani w naszych domowych budżetach, ani tym bardziej w budżecie miasta się nie „znajduje”. Można je najwyżej zabrać komuś rezygnując z innych wydatków. Gdy pytam, komu należy odebrać, nikt z radnych nie ma odwagi mi odpowiedzieć na to pytanie.

piątek, 30 marca 2012

Zaklinanie rzeczywistości

Jak łatwo przewidzieć, wczorajsza sesja poświęcona reformie krakowskiej edukacji nie należała do spokojnych. Z jednej strony mieliśmy grupę osób związanych zawodowo z oświatą. Trudno się dziwić, że boją się zmian i nie przyjmują do wiadomości, że są one konieczne. Wielu z nas reagowałoby podobnie. Z drugiej strony na sali była spora reprezentacja tych (mam na myśli radnych), który boją się wzięcia odpowiedzialności za jakiekolwiek zmiany. Kalkulują, że bezpiecznej jest zachować to co jest w tej chwili, nawet ze szkodą dla miasta. Nie narażą się za to nikomu, a być może zostanie to nawet docenione w kolejnych wyborach.
Nie zgadzam się jednak na to, byśmy zaklinali rzeczywistość i udawali, że żadne zmiany nie są konieczne. Za to zaniechanie płacimy wszyscy. Płacimy coraz więcej.

Dlaczego musimy zreformować krakowskie szkoły?
Dlatego, że w ciągu ostatnich sześciu lat spadła liczba uczniów o 16 tysięcy, a szkół mamy ciągle tyle samo. W całym kraju z powodu niżu demograficznego (o którym z resztą cały czas mówi się w kontekście emerytur i nikt nie wątpi, że jest to stała tendencja) zmniejsza się liczba nauczycieli. Jest już ich o ok. 10 proc. mniej niż przed kilkoma laty. W Krakowie zatrudnienie zmalało zaledwie o 1 procent. Doprowadziliśmy do tego, że nauczyciele (zgodnie z nadanym im Kartą Nauczyciela przywilejem) uciekają przed zwolnieniami na urlopy dla poratowania zdrowia. W ubiegłym roku z takiej możliwości skorzystało prawie 400 nauczycieli, a kosztowało to nas wszystkich 17 mln zł! Czy nas stać na to, żeby utrzymywać w połowie puste budynki? Niezrozumiały jest dla mnie opór przed połączeniem dwóch szkół, które ze sobą sąsiadują i obie są puste. A przecież oszczędność jest oczywista. Choćby taka, że wystarczy jeden dyrektor, jedna sekretarka i połowa mniej personelu utrzymującego porządek w budynku. Mówimy o dobru dziecka zapominając, że wydajemy pieniądze nie na dzieci, ale na ogrzewanie pustych sal i często przerośniętą administrację.
Niektórzy powiedzą – trudno, ale za to chronimy miejsca pracy. Moglibyśmy tak powiedzieć, gdyby koszty utrzymania edukacji były niewiele znaczącą pozycją w budżecie miasta. Budżet edukacji to już 1/3 budżetu całego miasta – ponad miliard złotych rocznie. Subwencja nie wystarcza, więc wszyscy krakowianie dopłacają rocznie ponad 400 mln zł. Dopłacamy najwięcej ze wszystkich dużych miast i z roku na rok są to większe kwoty. Dlatego, że subwencja jest przyznawana na dziecko, a nie ma liczbę budynków, które musimy utrzymać.
Po jednym ze spotkań z rodzicami i związkami zawodowymi usłyszałem takie zdanie jednej z mam: „To skandal co wyprawiają. Jak trzeba, to niech wszystkie pieniądze wydają na szkoły i dzieci. Na wszystko inne może brakować”. Było by to jakieś rozwiązanie. Przynajmniej do momentu , gdy edukacja nie połknie całego budżetu miasta. Nie wiem tylko co na to kierowcy czekający z niecierpliwością na remonty dróg, pasażerowie MPK chcący wygodnie jeździć komunikacją miejską, ci, którzy latami czekają na mieszkanie komunalne, instytucje kultury proszące miasto o wsparcie i co by na to powiedzieli ci sami rodzice, gdyby ich dzieci brodziły w śmieciach idąc do szkoły...